UWAGA! ZMIANA ADRESU BLOGA! WWW.MANUFAKTURASMAKOW.COM

Nowa odsłona Manufaktury Smaków!


Od dawna pracowałam nad nową odsłoną Manufaktury Smaków, jednak nie chciałam nic mówić, żeby nie zapeszyć. Po kilku tygodniach pracy nad witryną i migracją wpisów wreszcie się udało! Nowa odsłona Manufaktury Smaków stała się faktem :) Dziś oficjalnie żegnam się z Bloggerem, gdzie spędziłam pierwsze trzy lata mojego blogowego życia. To był naprawdę niesamowity czas, pełen blogowych emocji, nowych przyjaźni, pracy nad warsztatem, a także, rzecz jasna, wielu smacznych przepisów. Zawsze będę spoglądać na to miejsce z nutką sentymentu, ale trzeba się rozwijać, ciągle próbować czegoś nowego i nigdy nie stać w miejscu, dlatego właśnie zapraszam Was serdecznie pod nowy adres: 




Kluski na parze



Dziś mam dla was przepis na polską klasykę, czyli kluski na parze. Naprawdę uwielbiam te pulchne, drożdżowe bułeczki, dlatego żadna się przede mną nie schowa. Nie dość, że świetnie smakują, to jeszcze wspaniale sprawdzają się jako dodatek do mięs podawanych z sosem lub jako samodzielne danie, ale tym razem podawane z sosem owocowym. Nie bójcie się dodawać suchych drożdży, działają tak samo, a przyspieszają cały proces, bo nie trzeba robić rozczynu. Używam wersji instant od lat i jeszcze nigdy nie miałam problemu z wyrastaniem ciasta. Na koniec mam jeszcze małą ciekawostkę, wiedzieliście, że kluski/bułki na parze (buchty, parowce, bułki na łachu, etc.) znalazły się na Liście produktów tradycyjnych?

Składniki:
  • 500 g mąki
  • 400 ml mleka
  • 1 pakowanie drożdży instant
  • 2 żółtka
  • 50 g cukru
  • szczypta soli
Do dużej miski wsypujemy mąkę i dodajemy drożdże, w osobnym naczyniu ucieramy żółtka z cukrem. Utartą masę dodajemy do mąki, powoli dolewamy letnie mleko i wyrabiamy. Ciasto powinno być elastyczne i przyjemne w dotyku, całość odstawiamy do wyrośnięcia 30 - 40 minut w ciepłe miejsce. Po tym czasie ciasto powinno ładnie wyrosnąć i podwoić objętość. Z wyrośniętego ciasta odrywamy małe kawałki, które formujemy w kule i pozostawiamy do ponownego wyrośnięcia (około 5 minut).

Do dużego garnka wlewamy około 2 szklanki wody, następnie naciągamy gazę, którą mocno przywiązujemy sznurkiem piekarskim tak, żeby przez cały czas była napięta. Najprostszym i najskuteczniejszym sposobem na przykrycie klusek podczas parowania jest plastikowa miska, w ten sposób nigdy niczego przez przypadek nie ugnieciemy. Wodę doprowadzamy do wrzenia, a następnie na gazie układamy maksymalnie 4 kluski. Pamiętajcie, żeby zachować odstępy, ponieważ podczas parowania kluski bardzo wyrastają. Kluski parujemy 5 - 6 minut.


Smacznego!
Ania :)



Leczo


Przemokliście, przemarzliście, a może was przewiało? Nie ważne, na wszystkie zimowe dolegliwości znajdzie się recepta, a jest nią... leczo! Naprawdę, nic tak dobrze nie działa o tej porze roku, jak ciepłe, gęste leczo. W dodatku papryka ma naprawdę bardzo dużo witaminy C, co w okresie zimowym jest bardzo ważne. Choć leczo przywędrowało do nas z Węgier, to z biegiem czasu stało się jedną z typowych polskich jednogarnkowych propozycji obiadowych. Oryginalnie potrawa ta jest przyrządzana z papryki, pomidorów, cebuli oraz wędzonego boczku lub wędzonej słoniny (w wersji mięsnej), jednak w polskiej kuchni przyjęła się wariacja z kiełbasą, a także z dodatkiem cukinii, stając się przy tym samodzielnym daniem. Dziś mam dla was tradycyjnie polską wersję, czyli leczo z kiełbasą. 

Składniki:
4 duże papryki
3 cebule
600 g kiełbasy
mały słoiczek koncentratu pomidorowego (80 g)
1/2 - 3/4 szklanki wody
oliwa
1 ziarno ziela angielskiego
1 liść laurowy
sól pieprz

Cebulę kroimy w półplasterki, kiełbasę w dość grubą kostkę, a paprykę w paski. Na patelni rozgrzewamy 6-7 łyżek oliwy, wrzucamy cebulę i kiełbasę, a następnie smażymy, aż cebula będzie miękka, na koniec dorzucamy paprykę. Całość smażymy około 5 minut, następnie dodajemy koncentrat, liść laurowy, ziele angielskie i podlewamy wodą. Leczo dusimy na małym ogniu, aż papryka zmięknie (powinna być al dente), do smaku doprawiamy solą i pieprzem.

Smacznego!
Ania :) 


Pomarańczowo - migdałowe magdalenki

Pomarańczowo - migdałowe magdalenki | Manufaktura Smaków

Magdalenki, to chyba jedne z najbardziej znanych ciasteczek na świecie. Sławę zyskały nie tylko dzięki wspaniałemu smakowi, ale także dzięki pięknemu kształtowi muszelki, który sprawia, iż wyglądają jeszcze bardziej apetycznie. Nic dziwnego, że Marcel Proust się nimi zajadał ;) Dziś mam dla was recepturę wzbogaconą o pomarańczowo - migdałowe nuty, które sprawiły, że ciasteczka smakują naprawdę obłędnie. Pomarańczowo - migdałowe magdalenki, to zdecydowanie moje kolejne słodkie odkrycie tej zimy. Gorąco polecam ten przepis!

Składniki na 24 ciasteczka:
125 g cukru
125 g mąki
125 g masła
3 jajka
60 g obranych i zmielonych migdałów
1 łyżka letniej wody
1/4 łyżeczki ekstraktu waniliowego
kilka kropli aromatu pomarańczowego
szczypta soli
masło do wysmarowania foremek

Zaczynamy od roztopienia masła, uważając przy tym, ab go nie zrumienić. Ciepły płyn odstawiamy na bok do przestygnięcia. W tym czasie przesiewamy mąkę, dodajemy cukier i dokładnie mieszamy, następne wbijamy jajka i całość wyrabiamy za pomocą łyżki. Do tak powstałej masy stopniowo dodajemy schłodzone masło, sól, zmielone na mąkę migdały, wodę, aromat pomarańczowy i waniliowy. Ciasto dokładnie mieszamy i przekładamy do wcześniej przetartej masłem formy. Magdalenki pieczemy tak, jak ciasto ucierane - w temperaturze 180 stopni, przez około 20 minut, do zrumienienia. 


Smacznego!
Ania :)


Pomarańczowo - migdałowe magdalenki | Manufaktura Smaków

Pomarańczowo - migdałowe magdalenki | Manufaktura Smaków





Tarta kokosowa




Mamy początek lutego, więc najwyższy czas pomyśleć o czymś specjalnym na Walentynki! W tym roku przygotowałyśmy dla Was kokosowo - czekoladową tartę, która po prostu zachwyca smakiem, a przepis jest tak prosty, że już bardziej się nie da, dlatego polecam tę recepturę również panom, którzy chcieliby tego dnia zabłysnąć ;) Tarta kokosowa została polana czekoladą, co daje duże pole do popisu pod względem dekoracji, my użyłyśmy cukrowych róż, ale pięknie będą wyglądać prawdziwe kwiaty.

Składniki na tartę: 

3 jajka
2 łyżki mąki pszennej
3 łyżki cukru
1 cukier waniliowy (16 g)
150 g wiórków kokosowych
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki roztopionego masła
masło i bułka tarta do wysypania formy

Nadzienie: 

2 jabłka
łyżka miodu
łyżka wody
pół łyżeczki cynamonu
łyżka namoczonych rodzynek  

Polewa:

1/2 tabliczki czekolady
łyżka masła lub śmietanki

Jajka ubijamy z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą masę, a następnie dodajemy resztę składników. Całość starannie mieszamy. Formę do tarty smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą, a następnie przekładamy do niej ciasto, pieczemy przez 25 - 30 minut, w temperaturze 180 stopni.

Jabłka obieramy, kroimy w kostkę, podlewamy łyżką wody i dusimy do miękkości. Pod koniec duszenia dodajemy cynamon, miód i rodzynki (wcześniej namoczone i odsączone). Tak przygotowaną masę wykładamy na upieczone i wystudzone ciasto i polewamy roztopioną w kąpieli wodnej czekoladą z masłem lub śmietanką.  

Smacznego!
Ania :)

 


Carpaccio z pieczonych buraków


Dziś mam dla was przepis, który trochę przełamuje oryginalną recepturę. Tradycyjne carpaccio, to bardzo cieniutko pokrojona wołowina, z dodatkiem orzechów oraz serów, polana oliwą. W mojej wersji zgadza się wszystko, oprócz mięsa, które zastąpiłam pieczonym burakiem. Dla wydobycia aromatu buraka, wybrałam bundz, który tutaj świetnie się komponuje, ale do tego rodzaju carpaccio będzie pasować każdy ser o wyrazistym smaku.

Składniki (na 3 -4 porcje):
1 burak
około 200 g bundza
2 - 3 łyżki orzechów pinii
oliwa
ocet winny lub cytryna
łyżka posiekanej natki pietruszki
łyżka płynnego miodu
sól, pieprze do smaku

Carpaccio:

Burak zawijamy w folię aluminiową i pieczemy przez 90 minut, w temperaturze 200 stopni. Po wystudzeniu kroimy na cienkie plasterki, tutaj dobrze sprawdza się krajalnica. W ten sam sposób, czyli możliwie najcieniej, kroimy ser. Tak przygotowane produkty układamy naprzemiennie na półmisku lub w porcjach na talerzach. Całość posypujemy orzeszkami pinii i polewamy sosem winegret.

Sos winegret:

Do miseczki wlewamy łyżkę octu, łyżkę miodu, sól, pieprz i mieszamy do całkowitego rozpuszczenia składników. Następnie dolewamy cienkim strumieniem oliwę (około 6 łyżek), przez cały czas mieszając. W trakcie dolewania oliwy warto kilka razy spróbować sos tak, żeby odpowiadał naszym upodobaniom smakowym. Na końcu dodajemy posiekaną natkę. Sos powinien mieć konsystencję emulsji. 

Smacznego!
Ania :)


 

 

 

Tatar ze śledzia z suszonymi pomidorami

Tatar ze śledzia z suszonymi pomidorami | Manufaktura Smaków

Tatar ze śledzia z suszonymi pomidorami ostatnio zawładnął naszymi sercami i oczywiście podniebieniami. To jedna z tych przystawek, które naprawdę zapadają w pamięć, już od pierwszego kęsa i ma się ochotę na więcej. Jeśli planujecie karnawałową imprezę i chcecie zaserwować gościom coś nieprzeciętnego, coś, co na pewno zapamiętają na długo, to ten tatar będzie idealny. Najlepiej smakuje na obficie skropionym cytryną plasterku jabłka, tutaj nie bójcie się dać dużo soku, bo naprawdę świetnie komponuje się z całością. A jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, to tatar świetnie smakuje z... blinami!

Składniki:
4 dobrze wymoczone matiasy 
1 czerwona cebula
pół słoika suszonych pomidorów
łyżka posiekanej natki pietruszki
pół cytryny
duże, najlepiej czerwone, jabłko
oliwa
pieprz

Matiasy, cebulę i pomidory kroimy w drobną kostkę. Masę lekko doprawiamy pieprzem i mieszamy z natką pietruszki oraz oliwą. Jabłko kroimy w plastry i skrapiamy sokiem z cytryny. Masę śledziową wkładamy do małych naczyń, mogą to być np. filiżanki do espresso (tak, jak na zdjęciu) lub małe kokilki. Pamiętajcie, żeby masę dobrze upchnąć w naczyniu, inaczej nie zachowa kształtu.  Przed wyjęciem tatara z naczynia, okrawamy brzeg czubkiem noża (wtedy łatwiej wyjdzie) i wykładamy na wcześniej przygotowany plaster jabłka (obficie skropiony). Całość dekorujemy natką pietruszki.


Smacznego!
Ania :) 


Tatar ze śledzia z suszonymi pomidorami | Manufaktura Smaków 

Keks królewski


Co zawsze i wszędzie jest w stanie poprawić mi nastrój? Ciasto! Najlepiej domowe ;) Tym razem mam dla Was przepis na pyszny keks królewski, który naprawdę zasługuje na swoją nazwę i to z kilku powodów;) Uwielbiam to ciasto nie tylko ze względu na wspaniały smak, ale także łatwość w przygotowaniu, no i jeszcze rozmiar - z tego przepisu wyjdzie Wam ciasto na dużą keksówkę. Gorąco polecam!

Składniki:
1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
1 szklanka cukru
250 g masła
5 jajek
1 i 1/2 szklanki bakalii
1 łyżeczka proszku dopieczenia
2 łyżki mąki ziemniaczanej
masło i bułka tarta do wysmarowania formy

Bakalie zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na 25 minut, gdy napęcznieją odsączamy z nadmiaru wody. Tak przygotowaną mieszankę obtaczamy w mące ziemniaczanej. Następnie żółtka ucieramy z cukrem i masłem na puszystą masę.  Białka ubijamy na sztywno, dodajemy do masy i delikatnie mieszamy. Do mąki wsypujemy proszek do pieczenia i dokładnie mieszamy, następnie dodajemy bakalie. Na koniec łączymy obie masy i dokładnie mieszamy. Tak przygotowane ciasto przekładamy do wcześniej wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tarą formy. Keks pieczemy przez 60 minut (do suchego patyczka) w temperaturze 180 stopni. 

Smacznego!
Ania :)

Rozgrzewający napój imbirowo - cytrynowy


Dopadły Was wirusy? Nic tak dobrze nie działa na przeziębienie i grypę jak ten napój! Nie dość, że świetnie smakuje, to jeszcze bardzo przyjemnie rozgrzewa :) Wszystkie składniki tego napoju mają dobroczynne działanie, np. cynamon nie tylko działa rozgrzewająco, ale także jest jednym z najlepszych przeciwutleniaczy, miód ma silne właściwości bakteriobójcze, a imbir przeciwzapalne. Po prostu samo zdrowie ;)

Składniki:
1,5 przegotowanej wody
3-4 plasterki świeżego imbiru
2 całe kawałki kory cynamonowej
2-3 łyżki miodu
skórka i sok z 1 cytryny

Przegotowaną wodę studzimy do temperatury 40 stopni, następnie dodajemy imbir, cynamon, miód, sok z połowy cytryny i plasterki z drugiej połowy. Całość dokładnie mieszamy i odstawiamy na chwilę dla wydobycia smaków. 

Smacznego!
Ania :) 


Faszerowane pieczarki brunatne



W te święta postawiliśmy na nowe połączenia smakowe, które zachwycają i motywują do dalszych, kulinarnych poszukiwań. Takim właśnie odkryciem są faszerowane brunatne pieczarki, które idealnie komponują się z... czerwonym barszczem! Wcześniej pieczarki zawsze pojawiały się jako samodzielna przystawka, jednak tym razem stanowiły dodatek do barszczyku i to był naprawdę strzał w dziesiątkę! Koniecznie musicie wypróbować ten przepis ;)
Składniki:
6 dużych pieczarek brunatnych (mogą być też zwykłe)
70 - 80g sera z niebieską pleśnią 
1 średnia cebula
1/2 szklanki orzechów włoskich
łyżka bułki tartej
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
3 łyżki masła
sól, pieprz do smaku

Pieczarki myjemy i dokładnie suszymy za pomocą papierowego ręcznika, następnie odcinamy trzony. Cebulę oraz trzony drobno kroimy w kostkę i podsmażamy na maśle. Ser rozgniatamy widelcem, dajemy posiekaną pietruszkę i podsmażoną cebulę z trzonami. Orzechy drobno siekamy i dodajemy do powstałej masy, pozostawiając jednak 2 łyżki orzechów do posypki. Farsz doprawiamy solą i pieprzem do smaku. 

Kapelusze napełniamy farszem, posypujemy zrumienioną na suchej patelni bułką tartą, wymieszaną z odłożonymi wcześniej orzechami i ustawiamy w wysmarowanym masłem naczyniu żaroodpornym. Na każdym kapeluszu kładziemy odrobinę masła, pieczarki zapiekamy przez 20 -25 min. (w zależności od wielkości) w temperaturze 200 stopni. 


Smacznego!
Ania :)  


 

Korzenne ciasteczka


Są przepisy i smaki, które przywołują najrozmaitsze wspomnienia, receptura, którą się z Wami dzisiaj podzielę jest dla mnie naprawdę szczególna. Przepis na ciasteczka znalazłam w świątecznej broszurce z przepisami w 2008 roku i był jednym z pierwszych, który pojawił się rok później na moim pierwszym, kulinarnym blogu. Od tamtego czasu nie robiłam tych ciasteczek, po prostu o nich zapomniałam, a wspomniana broszura znów zaginęła. Przypomniało mi się o nich dopiero kilka dni przed Wigilią, kiedy szukałam prostego przepisu na korzenne ciasteczka. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że są to najlepsze ciastka, jakie kiedykolwiek upiekłam i jadłam. Są po prostu idealne :) 

Składniki:
250g mąki
łyżka imbiru w proszku
łyżeczka proszku do pieczenia
100g cukru
łyżeczkę cukru waniliowego
płaska łyżka przyprawy do piernika
łyżeczka cynamonu
¼ łyżeczki gałki muszkatołowej
200g masła
jajko 




Mąkę oraz imbir mieszamy z proszkiem do pieczenia, cukrem, cukrem waniliowym i przyprawami. Następnie siekamy z zimnym masłem oraz jajkiem, szybko zagniatamy. Powstałe ciasto owijamy folią spożywczą i wkładamy na godzinę do lodówki. Po upływie wyznaczonego czasu, wyjmujemy ciasto z lodówki, odrywamy spory kawałek (resztę chowamy z powrotem), rozwałkowujemy na grubość około ½ cm i wykrawamy ciasteczka. Wycięte kształty układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blasze. Ciastka pieczemy przez około 15 minut w temperaturze 180 stopni.

Smacznego!
Ania :)
  

 

Bliny


Obiecałam Wam wczoraj przepis na bliny, więc słowa dotrzymuję :) Receptura ta zdecydowanie należy do kategorii: proste i genialne. Bliny nie tylko świetnie smakują z różnymi dodatkami, choć zdecydowanie najlepiej z klasycznym połączeniem śmietany, łososia i kawioru, ale także bardzo dobrze znoszą podgrzewanie, nic przy tym nie tracąc. Jeśli planujecie przyjęcie i jednym z dań będą właśnie bliny, to spokojnie możecie je przyrządzić nieco wcześniej, a później tylko podgrzać ;)

Składniki:
400 g mąki gryczanej (2 i 1/4 szklanki)
1 opakowanie suchych drożdży (instant)
1 i 1/2 szklanki mleka
3 jajka
szczypta soli
1,5 łyżki stopionego masła
masło klarowane do smażenia

W dużej misce mieszamy mąkę, drożdże, mleko, żółtka i sól. Całość wyrabiamy i dodajemy masło oraz szczyptę soli. Do tak wyrobionego ciasta dodajemy ubitą na sztywno pianę z białek. Ciasto zostawiamy pod przykryciem do wyrośnięcia, przez około 40 minut.

Na rozgrzaną patelnię (z odrobiną masła klarowanego) nakładamy łyżką ciasto, formujemy w małe placuszki i smażymy z obu stron na rumiano. Bliny podajemy prosto z patelni, ze śmietaną, wędzonym łososiem i kawiorem. Placuszki świetnie też znoszą podgrzewanie, nawet w mikrofalówce, posmarowane odrobiną masła. 


Smacznego!
Ania



Choinka z ciasta francuskiego z Nutellą

 
Jest kilka rzeczy, które zawsze mam w lodówce, takie moje małe, kulinarne must have na każdą okazję, zwłaszcza, kiedy nie uśmiecha mi się przyrządzanie pracochłonnych dań, albo kiedy mam ochotę na coś słodkiego. W obu przypadkach genialnie sprawdza się ciasto francuskie, które prawie zawsze można u mnie znaleźć. Tym razem padło hasło: Zjadłbym coś słodkiego, nie ma tam niczego w szafeczce? Nie było. Ale było za to opakowanie ciasta francuskiego i słoik Nutelli :) 25 minut później zajadaliśmy się jeszcze ciepłą choinką z czekoladowym nadzieniem. Deser prosty i genialny, zwłaszcza przed świętami ;)

Składniki:
opakowanie ciasta francuskiego
słoik Nutelli 

Ciasto wyjmujemy z opakowania, składamy na pół, delikatnie dociskamy grzbiet, żeby zaznaczyć miejsce nacięcia. Przecinamy na dwie połówki, pierwszą grubo smarujemy Nutellą, a następnie przykrywamy drugim kawałkiem ciasta. Wycinamy kształt choinki i nacinamy brzegi tak, żeby powstały gałązki, które następnie skręcamy (najlepiej dwa razy, inaczej mogą się rozkręcić). Całość pieczemy w temperaturze 180 stopni, przez 25 min. (do zrumienienia). 

Oczywiście wszystkie "ścinki" również piekę, bo choć nie wyglądają tak pięknie, jak choinka, to smakują równie dobrze ;) Takie słodkie drzewko możecie również zrobić w wersji maxi, wtedy będą potrzebne dwa opakowania ciasta. 


Smacznego!
Ania :)  
 

Manufaktura Smaków ma 2 lata!


Piszę ten post od samego rana i napisać go nie mogę, a dziś Manufaktura Smaków obchodzi drugie urodziny! Dokładnie dwa lata temu, 17 lipca 2014 roku, opublikowałam pierwszy post na blogu i był to przepis na Łososia w marynacie teriyaki (klik). Jestem, a w zasadzie jesteśmy, bo Manufaktura Smaków to blog rodzinny, od dwóch lat w sieci. To naprawdę niesamowite! A jeszcze bardziej niesamowite jest to, że są osoby, które tu zaglądają :) Kochani, dziękuję że jesteście :*


Ale jak to się wszystko zaczęło? 


Pomysł na bloga pojawił się znacznie wcześniej, ale wcielenie go w życie zabrało mi trochę czasu, jednak pamiętam dzień, kiedy pojawił się TEN impuls, który sprawił, że powstała Manufaktura Smaków. Nie wiem jak to się stało, ale dokładnie zapamiętałam moment, w którym postanowiłam założyć nowego bloga. To był jeden z tych wspaniałych, leniwych dni, kiedy nigdzie nie trzeba się spieszyć i bez żadnych wyrzutów sumienia można się rozkoszować słodkim lenistwem. Oglądałam program kulinarny, w którym kucharz przygotowywał deser z sezonowych owoców, z lodami, bezikami i odrobiną bitej śmietany. Dokładnie w tym samym momencie moje synapsy zaiskrzyły i pomyślałam, że rodzinny blog kulinarny ze sprawdzonymi przepisami, których w naszych zeszytach, notesach, segregatorach, wydartych kartkach z kalendarzy czy starych książek kucharskich przecież nie brakuje, to genialny pomysł. Chwilę później zapisywałam pomysły na nazwę bloga, wieczorem Manufaktura Smaków pojawiła się w sieci, a trzy dni później, czyli 17 lipca, opublikowałam pierwszy wpis. Jednak nie jestem jedyną osobą, która pracuje nad tym miejscem, drugą współautorką jest moja mama, która woli pozostać nieco na uboczu, choć ma gigantyczny wkład w to, co się dzieje na blogu. Nie zapominajmy także o niekwestionowanych gwiazdach mediów społecznościowych, czyli o naszych kotach, których zdjęciami wciąż Was zasypuję.




Czy dostałaś KitchenAida?



Nie, nie dostałam ;) Nie wiem dlaczego, ale to pytanie wciąż wraca, chyba zacznę prowadzić statystyki. Kiedy mówię o blogowaniu od razu padają pytania o zarobki, czy to się opłaca i czy można z tego wyżyć. O blogach i blogerach zrobiło się w przeciągu ostatnich kilku lat głośno, blogerzy pojawiają się w programach, prasie, rozmaitych akcjach, a ich wpisy czy materiały wideo często przyciągają więcej odbiorców, niż tradycyjne media. Z biegiem czasu pojawiły się także firmy i sponsorzy, którzy dostrzegli w blogach potencjał reklamowy. Czy jest w tym coś złego? Oczywiście, że nie, bo połączenie pasji z możliwością zarabiania na tym, co się uwielbia robić, to przecież nic złego. Jednak z drugiej strony zaistniało także niesprawiedliwe przekonanie, że blog = łatwa kasa i prezenty. Cóż, każdy, kto kiedykolwiek prowadził własnego bloga, czy portal wie, że nie jest to łatwe zajęcie.


Czego się nauczyłam przez te dwa lata?


Chciałabym napisać, że stałam się bardziej uporządkowaną i lepiej zorganizowaną osobą, ale niestety to nie jest prawda. W tym zakresie wciąż muszę nad sobą popracować, bo blog to nie tylko praca nad wpisami, ale także nas samym sobą ;) Jednak z tego chaosu, który nazywam bogowaniem wyniknęło naprawdę dużo dobrych rzeczy, przede wszystkim zaczęłyśmy porządkować nasze przepisy, a to przy takiej ilości receptur, jakie posiadamy, wcale nie jest proste. Oczywiście wiele pracy jeszcze przed nami, znaczna część przepisów nie została jeszcze opracowana na bloga, ale pierwsze efekty już są widoczne. Teraz, jeśli czegoś nie pamiętam, to zerkam na bloga, a nie przekupuję wszystkie możliwe książki, zeszyty, segregatory i luźne kartki. Mam jeszcze nadzieję, choć może jestem trochę naiwna, że wreszcie odnajdę mój autorski przepis na pieczone buraczki, który tak dobrze schowałam, że sama nie mogę znaleźć. 

Dużym krokiem na przód jest także jakość zdjęć, które się tutaj pojawiają. To właśnie dzięki Manufakturze Smaków zdecydowałam się na nową lustrzankę, oświetlenie i inne fotograficzne przydasie. Dużo jeszcze przede mną, ale wciąż się uczę i mam nadzieję, że kiedyś moje zdjęcia będzie można określić mianem profesjonalnych :)

Plany na przyszłość? 


Wciąż się rozwijać! Pod dwóch latach blogowania wiem już trochę więcej o współczesnej blogosferze, czytelniczych upodobaniach, panujących trendach i o sobie samej. Wreszcie, z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że wiem, czego chcę i jak ma wyglądać blog. Mam nadzieję, że w trzecim roku istnienia Manufaktury Smaków uda mi się wcielić w życie wszystkie pomysły, które wciąż kłębią się w mojej głowie. Będę iść do przodu, obmyślać i testować nowe przepisy, wciąż się rozwijać i cieszyć tym, co już mam i co już udało mi się, a raczej nam, osiągnąć :) 

Zmiany! Coraz częściej zastanawiam się nad przeniesieniem bloga na płatny serwer, z wykorzystaniem trochę bardziej elastycznego oprogramowania, które z kolei pozwoli mi na rozplanowanie i "urządzenie" bloga wedle własnych upodobań. Ostatecznej decyzji jeszcze nie podjęłam, ale plany stają się coraz bardziej realne. Prędzej, czy później trzeba będzie się wreszcie usamodzielnić :) Do tego czasu będę modyfikować obecną formę bloga i jego treść. Już teraz pojawiły się nowe działy (Nasze akcje, Testy i recenzje, Kuchenni pomocnicy, Lifestyle), a to oznacza, że tematyka, jaką tutaj poruszam, znacznie się poszerzy. 


Pełna wiary i optymizmu zaczynam trzeci rok blogowania :) Niech to będzie dobry i udany rok dla nas wszystkich!


Ania :) 

Pieczony kalafior


Remont mojego gabinetu wreszcie dobiegł końca! W zasadzie, to nawet wszystko nie trwało tak długo ;) Teraz mam piękne, gładkie ściany w przecudownym odcieniu, który sprawia, że naprawdę dobrze się czuję w tym wnętrzu, jednak dobrze dobrany kolor, to podstawa wszystkiego :) Czas na najprzyjemniejszą część, czyli wybór nowych mebli, bo w pokoju zostało tylko biurko, które Wam pokazywałam na Instagramie, fotel i dywan ;) 
W remontowym ferworze nie zawsze ma się ochotę i czas na przygotowywanie posiłków, dlatego teraz wybieramy potrawy, które nie zajmują dużo czasu, a przy tym są smaczne i zdrowe. No dobrze, czasami jakiś fast food też się trafi, ale jednak staram się unikać takiego jedzenia, zwłaszcza, jeśli wokół jest tyle smacznych warzyw i owoców. O tej porze roku moim ulubionym dodatkiem do mięs, a także jako samodzielne danie jest kalafior, ale nie taki z wody, tylko pieczony. Po prostu pycha! 

Składniki:
kalafior
oliwa
sól, pieprz
słodka, wędzona papryka (lub inne ulubione przyprawy)
zielenina

Kalafiora myjemy, suszymy oraz dzielimy na różyczki, następnie układamy na blasze do pieczenia i posypujemy przyprawami. Całość skrapiamy oliwą i pieczemy w temperaturze 200 stopni do miękkości. Podajemy z dipem jogurtowym i zieleniną.


Smacznego!
Ania :)





Pomidorowy chłodnik z mozzarellą


Lubicie chłodniki? Ja je uwielbiam, zresztą wszyscy dmomownicy za nimi przepadają :) W zeszłym roku o tej porze zajadaliśmy się przepysznym Ogórkowym chłodnikiem (klik), a w tym na naszym stole króluje fenomenalny chłodnik pomidorowy. Oba są bardzo smaczne, błyskawiczne w przygotowaniu i wprost idealne na lato, zwłaszcza w upalne dni, które podobno mają do nas jeszcze wrócić, więc ten przepis na pewno Wam się przyda :)

Składniki:
1 butelka przecieru pomidorowego (680 g)
1 duży kubek jogurtu naturalnego (370 g)
1 mały kubek śmietany 18% (180 g)
1 opakowanie małych mozzarelli
szczypior, bazyla
sól, ckier, wędzona papryka

Przecier, jogurt i śmietanę przelewamy do miski i mieszamy trzepaczką, doprawiamy solą, cukrem oraz wędzoną papryką do smaku. Całość chłodzimy w lodówce. Chłodnik podajemy z przekrojonymi na pół kulkami mozzarelli, szczypiorem i bazylią.



Smacznego!
Ania :)




Miętowe orzeźwienie


Słupki termometrów znowu poszybowały do góry, a to oznacza, że bardziej niż zwykle potrzebne są orzeźwiające napoje. W tym roku postawiliśmy na klasykę, czyli napar z mięty, która rośnie na naszych grządkach jak szalona ;) Ten dobrze znany naszym babciom i ciociom napój nie tylko świetnie smakuje, ale również wspaniale gasi pragnienie. Naprawdę nie wyobrażam sobie tej pory roku bez mięty, to zdecydowanie smak lata :) 

Składniki (na 1 duży dzbanek):
duża garść świeżej mięty
wrzątek

Miętę dokładnie myjemy, wrzucamy do dzbanka, zalewamy wrzącą wodą i odstawiamy na 15 - 20 minut. Po upływie tego czasu wyjmujemy gałązki mięty, zostawiając przy tym tylko kilka listków dla dekoracji. Napar można pić na ciepło i zimno, z dodatkiem miodu lub cukru, ale najlepiej smakuje w klasycznej wersji, czyli bez niczego :)


Smacznego!
Ania :)








Placuszki z wędzonym łososiem


Nie lubię wpisów zaczynających się od zdania: Długo mnie tu nie było..., ale faktycznie ostatnio byłam tutaj bardziej obecna myślami, niż fizycznie, pisząc kolejne wpisy. Maj i czerwiec były szalonymi miesiącami, z jednej strony testowałam nowe przepisy i sprzęt, z drugiej wciąż brakowało mi czasu na blogowanie, bo trzeba było przysiąść do książek i wreszcie zdać dwa egzaminy doktorskie, których już bardziej odwlec nie mogłam ;) Jednak jak zawsze  w takich sytuacjach, okazało się, że strach ma wielkie oczy i wcale nie było się czego bać. Teraz wreszcie mogę wrócić do moich ulubionych zajęć i blogowej rewolucji :) W lipcu Manufaktura Smaków będzie obchodzić drugie urodziny i czas na małe zmiany, ale o tym później. 

Dziś mam dla Was bajecznie smaczne kotleciki z wędzonym łososiem, które totalnie zmieniły mój sposób myślenia o łososiu. Przepisów na tę rybę można znaleźć całe mnóstwo, każdy z nas zna co najmniej kilka jej wariacji smakowych, wiemy mniej więcej z czym ją łączyć, tak, żeby całość smakowicie współgrała, ale te placuszki całkowicie zmieniają reguły gry. Zdecydowanie pozwalają spojrzeć na łososia z zupełnie innej perspektywy :) 

Składniki:
200 g mąki
150 g wędzonego łososia (+ 50 g do dekoracji)
2 jajka
szklanka wody gazowanej
olej
200 g jogurtu greckiego i/lub opakowanie kawioru
1/2 cytryny
cukier 
sól, pieprz

Wędzonego łososia kroimy w drobną kostkę. Jogurt mieszamy z sokiem z cytryny, łyżeczką cukru, solą oraz pieprzem i wstawiamy do lodówki do schłodzenia. Mąkę miksujemy z jajkami oraz szklanką wody gazowanej, następnie dodajemy pokrojonego łososia, doprawiamy solą oraz pieprzem i dokładnie mieszamy.

Na patelni rozgrzewamy olej i łyżką nakładamy ciasto, formując nieduże placki, które smażmy z obu stron na złoto. Placuszki podajemy z dipem jogurtowym i/lub kawiorem.



Smacznego!
Ania :)