UWAGA! ZMIANA ADRESU BLOGA! WWW.MANUFAKTURASMAKOW.COM

Pieczony kalafior


Remont mojego gabinetu wreszcie dobiegł końca! W zasadzie, to nawet wszystko nie trwało tak długo ;) Teraz mam piękne, gładkie ściany w przecudownym odcieniu, który sprawia, że naprawdę dobrze się czuję w tym wnętrzu, jednak dobrze dobrany kolor, to podstawa wszystkiego :) Czas na najprzyjemniejszą część, czyli wybór nowych mebli, bo w pokoju zostało tylko biurko, które Wam pokazywałam na Instagramie, fotel i dywan ;) 
W remontowym ferworze nie zawsze ma się ochotę i czas na przygotowywanie posiłków, dlatego teraz wybieramy potrawy, które nie zajmują dużo czasu, a przy tym są smaczne i zdrowe. No dobrze, czasami jakiś fast food też się trafi, ale jednak staram się unikać takiego jedzenia, zwłaszcza, jeśli wokół jest tyle smacznych warzyw i owoców. O tej porze roku moim ulubionym dodatkiem do mięs, a także jako samodzielne danie jest kalafior, ale nie taki z wody, tylko pieczony. Po prostu pycha! 

Składniki:
kalafior
oliwa
sól, pieprz
słodka, wędzona papryka (lub inne ulubione przyprawy)
zielenina

Kalafiora myjemy, suszymy oraz dzielimy na różyczki, następnie układamy na blasze do pieczenia i posypujemy przyprawami. Całość skrapiamy oliwą i pieczemy w temperaturze 200 stopni do miękkości. Podajemy z dipem jogurtowym i zieleniną.


Smacznego!
Ania :)





Pomidorowy chłodnik z mozzarellą


Lubicie chłodniki? Ja je uwielbiam, zresztą wszyscy dmomownicy za nimi przepadają :) W zeszłym roku o tej porze zajadaliśmy się przepysznym Ogórkowym chłodnikiem (klik), a w tym na naszym stole króluje fenomenalny chłodnik pomidorowy. Oba są bardzo smaczne, błyskawiczne w przygotowaniu i wprost idealne na lato, zwłaszcza w upalne dni, które podobno mają do nas jeszcze wrócić, więc ten przepis na pewno Wam się przyda :)

Składniki:
1 butelka przecieru pomidorowego (680 g)
1 duży kubek jogurtu naturalnego (370 g)
1 mały kubek śmietany 18% (180 g)
1 opakowanie małych mozzarelli
szczypior, bazyla
sól, ckier, wędzona papryka

Przecier, jogurt i śmietanę przelewamy do miski i mieszamy trzepaczką, doprawiamy solą, cukrem oraz wędzoną papryką do smaku. Całość chłodzimy w lodówce. Chłodnik podajemy z przekrojonymi na pół kulkami mozzarelli, szczypiorem i bazylią.



Smacznego!
Ania :)




Miętowe orzeźwienie


Słupki termometrów znowu poszybowały do góry, a to oznacza, że bardziej niż zwykle potrzebne są orzeźwiające napoje. W tym roku postawiliśmy na klasykę, czyli napar z mięty, która rośnie na naszych grządkach jak szalona ;) Ten dobrze znany naszym babciom i ciociom napój nie tylko świetnie smakuje, ale również wspaniale gasi pragnienie. Naprawdę nie wyobrażam sobie tej pory roku bez mięty, to zdecydowanie smak lata :) 

Składniki (na 1 duży dzbanek):
duża garść świeżej mięty
wrzątek

Miętę dokładnie myjemy, wrzucamy do dzbanka, zalewamy wrzącą wodą i odstawiamy na 15 - 20 minut. Po upływie tego czasu wyjmujemy gałązki mięty, zostawiając przy tym tylko kilka listków dla dekoracji. Napar można pić na ciepło i zimno, z dodatkiem miodu lub cukru, ale najlepiej smakuje w klasycznej wersji, czyli bez niczego :)


Smacznego!
Ania :)








Placuszki z wędzonym łososiem


Nie lubię wpisów zaczynających się od zdania: Długo mnie tu nie było..., ale faktycznie ostatnio byłam tutaj bardziej obecna myślami, niż fizycznie, pisząc kolejne wpisy. Maj i czerwiec były szalonymi miesiącami, z jednej strony testowałam nowe przepisy i sprzęt, z drugiej wciąż brakowało mi czasu na blogowanie, bo trzeba było przysiąść do książek i wreszcie zdać dwa egzaminy doktorskie, których już bardziej odwlec nie mogłam ;) Jednak jak zawsze  w takich sytuacjach, okazało się, że strach ma wielkie oczy i wcale nie było się czego bać. Teraz wreszcie mogę wrócić do moich ulubionych zajęć i blogowej rewolucji :) W lipcu Manufaktura Smaków będzie obchodzić drugie urodziny i czas na małe zmiany, ale o tym później. 

Dziś mam dla Was bajecznie smaczne kotleciki z wędzonym łososiem, które totalnie zmieniły mój sposób myślenia o łososiu. Przepisów na tę rybę można znaleźć całe mnóstwo, każdy z nas zna co najmniej kilka jej wariacji smakowych, wiemy mniej więcej z czym ją łączyć, tak, żeby całość smakowicie współgrała, ale te placuszki całkowicie zmieniają reguły gry. Zdecydowanie pozwalają spojrzeć na łososia z zupełnie innej perspektywy :) 

Składniki:
200 g mąki
150 g wędzonego łososia (+ 50 g do dekoracji)
2 jajka
szklanka wody gazowanej
olej
200 g jogurtu greckiego i/lub opakowanie kawioru
1/2 cytryny
cukier 
sól, pieprz

Wędzonego łososia kroimy w drobną kostkę. Jogurt mieszamy z sokiem z cytryny, łyżeczką cukru, solą oraz pieprzem i wstawiamy do lodówki do schłodzenia. Mąkę miksujemy z jajkami oraz szklanką wody gazowanej, następnie dodajemy pokrojonego łososia, doprawiamy solą oraz pieprzem i dokładnie mieszamy.

Na patelni rozgrzewamy olej i łyżką nakładamy ciasto, formując nieduże placki, które smażmy z obu stron na złoto. Placuszki podajemy z dipem jogurtowym i/lub kawiorem.



Smacznego!
Ania :) 






30 dni później...



Uwielbiam leniwe niedziele :) Można pospać trochę dłużej, nadrobić blogowe, czy książkowe zaległości z całego tygodnia, obejrzeć film, wybrać się na spacer lub dalszą wycieczkę, albo spędzić cały dzień na słodkim lenistwie. Jednak dzisiaj nie udało mi się poleniuchować, przynajmniej do tej pory, nawet przez minutę. Po pierwsze we wtorek mam kolejny egzamin, a po drugie intensywnie pakuję wszystkie rzeczy z mojego gabinetu. Tak, wreszcie przyszedł czas na kolejną odsłonę naszego remontu totalnego. Jednak gdzieś między jednym kartonem, a drugim postanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i podsumować ostatni miesiąc moich fitenssowych zmagań.



Nie dość, że udało mi się zmotywować do regularnych ćwiczeń, to jeszcze wytrwałam pierwszy miesiąc! Naprawdę jestem z siebie dumna, bo nie było ani łatwo, ani przyjemnie. Ostatnie lata, kiedy stopniowo ćwiczyłam coraz mniej , aż wreszcie przestałam, dały się mocno we znaki i okazało się, że jest gorzej niż myślałam. Moje ciało i mięśnie zapomniały co to wysiłek i nawet najprostsze ćwiczenia okazały się wyzwaniem, już nie mówiąc o tym, że później bolał mnie każdy centymetr ciała. Po pierwszych zajęciach czułam się i wyglądałam jak totalna ofiara fitnessu ;) Po wyjściu z klubu ucieszył mnie fakt, że przezornie zaparkowałam blisko wejścia, bo inaczej mogłabym nie dojść do samochodu ;) 

Generalnie pierwszy tydzień był naprawdę gigantycznym wyzwaniem i treningiem wytrwałości. Bolało mnie dosłownie wszystko, nawet te miejsca, których nie podejrzewałam o posiadanie jakichkolwiek mięśni. Obok zajęć typu: zdrowy kręgosłup czy zdrowa sylwetka wybrałam jeszcze zumbę :D Poniżej zdjęcie przed pierwszymi zajęciami, kiedy jeszcze dokładnie nie wiedziałam co mnie czeka.



Moja własna nieporadność na zumbie rozbawiła mnie do tego stopnia, że na stałe wpisałam do kalendarza daty kolejnych zajęć :) Teraz idzie mi już trochę lepiej, chociaż w dalszym ciągu mylę kroki, jednak staram się o tym nie myśleć i po prostu dobrze się bawić ;) 



Pewnie zapytacie o nawyki żywieniowe. Cóż, tutaj nie ma wielkiej rewolucji, bo moje posiłki zawsze były urozmaicone, a warzywa i owoce stanowiły dużą część mojej diety. Jednak staram się zmniejszać porcje i nie jeść słodyczy, z tym ostatnim idzie mi oczywiście najgorzej, ale przynajmniej się staram ;)


Podsumowując, ćwiczy mi się coraz lepiej, ciało powoli przyzwyczaja się do wysiłku i większej ilości ruchu, a co za tym idzie zakwasy już tak mi nie doskwierają, jak na samym początku. Humor też mi się poprawił, zwłaszcza po zumbie, która daje mi naprawdę dużo pozytywnej energii, mimo, że instruktor na widok tego co robię czasem się śmieje... no dobrze często, a nie czasem :P 

Cieszę się, że udało mi się wreszcie zmobilizować do regularnych ćwiczeń, ale nie udałoby mi się to, gdyby nie moja mama, która mnie namawiała przez dłuższy czas i moja przemiła sąsiadka, która towarzyszy mi we wszystkich fitnessowych zmaganiach. Kochane, dziękuję Wam bardzo!


Ania :)




Kakaowo - czereśniowy tort śmietanowy


Tej wiosny pogoda naprawdę nas nie rozpieszcza, już myślałam, że najzimniejsze i najbardziej kapryśne dni mamy już za sobą, a tu nic z tego. Jest już druga połowa maja, a tu nie dość, że jest strasznie zimno, to jeszcze ciągle pada :/ Tak, włączyła mi się faza marudzenia, może to przez egzamin z filozofii w przyszłym tygodniu, a może to wszystko przez te temeratury, ale naprawdę tęsknię za ciepełkiem i słodkim lenistwem na tarasie ;) Jednak nic tak nie poprawia nastroju, jak domowe wypieki, zwłaszcza, jeśli tą przyjemnością można się podzielić z kimś jeszcze. Z okazji Światowego Dnia Pieczenia mam dla Was przepis na kakaowo - czereśniowy tort śmietanowy. Brzmi dobrze? Gwarantuję, że smakuje rewelacyjnie, a sam przepis jest naprawdę prosty ;) Gorąco polecam :)

Składniki (na tortowinicę 24 cm):
1 szklanka cukru
1 szklanka mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
5 jajek
2 łyżki kakao
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

750 ml 30% śmietanki
3 opakowania śmietan-fix
2 - 3 łyżku cukru pudru 
około 300 ml pocznu (rum + woda + odrobina cukru do smaku)
czereśnie lub wiśnie z konfitury

Żółtka oddzielamy od białek, te ostatnie ubijamy z cukrem na sztywną pianę, a następnie dodajemy żółtka. Do powstałej masy jajecznej dodajemy mąkę, wcześniej wymieszaną z proszkiem do pieczenia i kakao. Tak przygotowane ciasto przelewamy do wysmarowanej miasłem i posypanej bułką tartą tortownicy i pieczemy przez około 45 minut, w temperaturze 180 stopni. 

Dobrze schłodzoną śmietanę ubijamy z cukrem pudrem i śmietan-fixem, odstawiamy do lodówki. Upieczone ciasto odstawiamy do wystygnięcia. Gdy blat już wystygnie, delikatnie zdejmujemy palcami błyszącą skórkę z wierzchu, którą kruszymy, by później posypać nią boki. Blat przekrawamy na trzy części, każdy płat ciasta nasączamy pączem, cienko smarujemy bitą śmiataną, na którą wykładamy warstwę konfiktury i znowu śmietany. Tak postępujemy z każdym płatem ciasta, a wierzch i boki smarujemy pozostałą śmietaną. Dekorujemy wedle uznania, u nas są to różyczki ze śmietany, czereśnie z nadzienia i czereśnie koktajlowe. Boki pospujemy okruszkami ciasta lub startą czekoladą. 



Smacznego!
Ania :)








Zapiekanka z mozzarellą i pomidorkami koktajlowymi


Kiedy człowiek jest najbardziej kreatywny w kuchni? Wtedy kiedy: ma ochotę na coś słodkiego, ale akurat nie ma ciasta, a półeczka z zapasowymi słodkościami jest pusta; kiedy pojawiają się niespodziewani goście; i wtedy, kiedy nie zrobiło się zakupów na obiad, a na dworze pada i myśl o wyjściu do sklepu przyprawia o dreszcze. W takich sytuacjach zawsze wymyśli się coś ciekawego, a poniższy przepis jest tego doskonałym przykładem ;) Zapiekanka powstała z tego, co akurat było pod ręką i resztek z poprzedniego dnia, a jak się później okazało połączenie smaków wyszło naprawdę dobrze, więc postanowiłyśmy podzielić się Wami tym przepisem. 

Składniki:
1,5 szklanki ugotowanego ryżu
1/2 szklanki gęstego jogurtu naturalnego
1 szklanka startego żółtego sera
1 duże jajko
1/2 szklanki sosu pomidorowego
resztki pieczeni lub gotowanego mięsa
1 mały słoiczek oliwek
1 pudełeczko pomidorków koktajlowych
około 240 g mini mozzarelli
sól, pieprz, cukier


Jogurt mieszamy z jajkiem i połową żółtego sera, doprawiamy solą i pieprzem, a następnie łączymy z ryżem. Naczynie żaroodporne sparujemy oliwą i układamy warstwy zapiekanki - ryż, mięso posmarowane sosem pomidorowym, oliwki, mozzarellę i pomidorki koktajlowe. Całość posypujemy pozostałym żółtym serem i zapiekamy w temperaturze 180 - 200 stopni, aż do zrumienienia górnej warstwy. Zapiekankę pozostawiamy do lekkiego przestygnięcia. Podajemy z sosem z suszonych pomidorów.

Sos z suszonych pomidorów

Składniki:
1/2 słoiczka suszonych pomidorów
1 duża cebula
3-4 ząbki czosnku
3-4 łyżki oliwy
1/2 szklanki wody
sól, pieprz, cukier, oregano


Pomidory kroimy w kostkę. Cebulę i czosnek dusimy na oliwie, dodajemy pomidory i podlewamy wodą. Kiedy wszystkie składki są miękkie, dokładnie wszystko miksujemy, powstały sos będzie dosyć gęsty. Całość doprawiamy solą, cukrem i oregano.


Smacznego!
Ania :)








Podchmielone biszkopciki w aksamitnym kremie


Chciałam napisać jakiś ciekawy wstęp, ale nie mogę... jak patrzę na ten deser, to świata poza nim nie widzę... mam wrażenie, że czas się zatrzymuje i jestem tylko ja i ON... Kompozycja smaków jest tutaj tak doskonała, że już lepiej być nie może, nie ma nic do poprawy, czy udoskonalenia, to jest po prostu deser idealny. Nie ukrywam, że sekret tkwi w doborze odpowiedniego wina, jeśli znajdziecie dobre, słodkie (lub półsłodkie), czerwone wino, które świetnie się komponuje z biszkoptami i kremem, to deser będzie smakować obłędnie. Spróbujcie, a nie pożałujecie :)  

Składniki (na 3 porcje):
250 g serka mascarpone
100 g słodzonego mleka skondensowanego
1/3 szklanki wina
10 okrągłych biszkoptów
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki kakao 

Ciasteczka wykładamy na talerz, zalewamy winem i odstawiamy na chwilę do nasączenia. W tym czasie ubijamy serek i mleko skondensowane na sztywny krem. W pucharkach układamy warstwę kremu, którą przykrywamy warstwą nasączonych biszkoptów, a następnie ponownie nakładamy warstwę kremu i biszkoptów. Ostatnią warstwą powinien być krem. Górną warstwę deseru posypujemy najpierw cynamonem, a następnie kakao. Deser odstawiamy do schłodzenia na 30 minut do lodówki. 

Smacznego!
Ania :)





Maj w ogrodzie i na grządkach


Wreszcie przyszła wiosna! Mamy ciepłe, słoneczne dni, pierwsze burze, a zapach świeżo skoszonej trawy unosi się w powietrzu. Właśnie teraz, kiedy piszę ten post widzę za oknem, na łące bażanta, który w promieniach zachodzącego słońca wygląda przecudownie. Jaka szkoda, że nie było tak pięknie tydzień wcześniej, na majówkę. W Łodzi było tak zimno i deszczowo, że nie odważyłam się rozpalić grilla na tarasie. Cóż, wszystkie tarasowo - grillowe zaległości będę nadrabiać w przyszły weekend. Mam nadzieję, że pogoda dopisze.



Zimna i bardzo kapryśna aura nie sprzyjała pracom w ogrodzie, ani na grządkach, dlatego tym bardziej cieszy mie nasza ogrodowa rewolucja, którą stopniowo przeprowadzaliśmy przez ostatnie trzy lata. Teraz naklad pracy, jaki trzeba włożyć w utrzymanie zielieni został znacznie zminimalizowany, a dzięki temu można naprawdę cieszyć się ogrodem :) 



Strzałem w dziesiątkę okazały się trzy podwyższone grządki, które w zeszłym roku sprawdziły się fenomenalnie. Rozmaryn, który zagościł na naszym wigilijnym stole pochodził właśnie z naszej uprawy. Tak, dobrze przeczytaliście, rozmaryn przetrwał w dobrej formie aż do grudnia :) Tym bardziej motywacja do siania i sadzenia rozsad była w tym roku przeogromna, niestety zimny marzec i kwiecień nieco pokrzyżowały plany, ale na szczęście udało nam się w tym tygodniu kupić ładne rozsady sałaty, selerów i porów, więc sytuację można uznać za opanowaną :)

Podbnie, jak w zeszłym roku, szczypiorek i rozmaryn rośną jak szalone, więc o te zioła jestem spokojna. 



Za drugim krzaczkiem lubczyku rozrastają się we wszystkie możliwe strony dwie odmiany mięty :) W tym roku na naszych grządkach zagościła także szałwia.



Po raz pierwszy zakwitła także miniaturowa brzoskwinia i kolumnowa grusza :) Zeszłotygodniowe przymrozki na szczęście nie wyrządziły tutaj szkód.



Natomiast naszym totalnym hitem są bratki, które wysiały się same. Okazuje się, że te rośliny nie tylko świetnie wyglądają na kamieniach, ale także dobrze na nich rosną. 




Bratki rosą w pijedynczych kępkach, w mniejszych lub większych grupkach i przerozmaitych kompozycjach. Na początku trochę mnie to denerwowało, bo przecież nie o to chodziło, ale teraz, kiedy zakwitły nawet je polubiłam i już z nimi nie walczę.


Na koniec pokażę Wam jeszcze lilię, z którą wiązałam naprawdę duże nadzieje ;) 


Nie wiem, czy gdzieś w Polsce są organizowane konkursy na najmniejsze lilie, jeśli tak, to chyba mogę spokojnie zgłosić swój udział ;) Ciekawe jak będzie wyglądać w pełnym rozkwicie ;)  

Na grządkach zostało jeszcze trochę wolnego miejsca, które wypełnię kolejnymi rozsadami i dodatkową porcją cebuli (zeszłoroczna nie dość, że była piękna, to jeszcze miała moc :D. Z niecierpliwością czekam na wysiane warzywa i zioła, które bardzo nieśmiało lub wcale nie kiełkują. Usprawiedliwiam je tym, że po wysianiu było jeszcze zimno, ale mam nadzieję, że mimo wszystko dadzą radę. To już wszystko na dziś :) 


Ania :)



P.S. Tak kończy się robienie zdjęć z kotem w pobliżu, zawsze przyjdzie, zaczepi się ogonem, trochę pomruczy, a potem jakieś dziwne zdjęcia wychodzą ;)